Sprawa, o której mowa, rozegrała się 25 kwietnia 2001 roku, w niewielkim miasteczku o nazwie Czarna Białostocka, które położone jest niedaleko Białegostoku w województwie podlaskim. Urodziła się i dorastała tam Mariola M. Gdy patrzy się na życie kobiety z boku, można odnieść wrażenie, że miała wszystko, co potrzebne jest człowiekowi do szczęścia. Pochodziła z dobrze usytuowanej rodziny, nie miała problemów finansowych i mogła liczyć na wsparcie rodziców. Duma z córki urosła jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że Mariola postanowiła pójść w ich ślady i wybrała karierę nauczycielską.
W Czarnej Białostockiej, małym miasteczku na Podlasiu, taka droga zapewniła jej nie tylko szacunek w rodzinie, ale również wśród sąsiadów, którzy żywo interesowali się otaczającymi ich ludźmi.
Mariola M. świetnie radziła sobie w szkole, później poszła na studia, które również zdała śpiewająco. Niedługo po ich zakończeniu udało jej się znaleźć pracę – została nauczycielką klas 1-3 w jednej z miejscowych szkół podstawowych. Pasmo sukcesów w życiu zawodowym nie odpowiadało jednak temu, co działo się w życiu prywatnym kobiety.
Mariola, mimo że nie narzekała na brak zainteresowania wśród mężczyzn, bo była atrakcyjną kobietą, to jednak nie mogła znaleźć miłości. I choć ludzie postrzegali ją jako ambitną i inteligentną osobę, to – jak to w małych miejscowościach bywa – zaczęto plotkować, czemu nauczycielka nie może sobie nikogo znaleźć. Tym bardziej, że rodziny pozakładali już jej znajomi i przyjaciele.
Wtedy w jej życiu pojawił się Jerzy P., biznesmen, znany w lokalnym środowisku. To był rok 1997. Mężczyzna zjawił się w szkole, w której pracowała Mariola M., i od razu wpadł jej w oko. Był przewodniczącym rady rodziców. Kobieta wiedziała, że to oznacza, że ma rodzinę: żonę i trójkę dzieci, jak się później okazało. Mimo tego między Jerzym P. a nauczycielką zaiskrzyło, aż w końcu po pewnym czasie wdali się w romans.
Mężczyzna wielokrotnie obiecywał kobiecie, że zostawi dla niej rodzinę – tak przynajmniej w toku śledztwa twierdziła Mariola. Kiedy jednak ona na to naciskała, Jerzy P. zmieniał temat. Nauczycielka nie chciała przesadzać ze swoją natarczywością, bo bała się, że wystraszy ukochanego. Tym bardziej, że miał żonę i dzieci, więc miał do czego wracać. Wśród nich były dwie dorosłe córki, które już wyprowadziły się z domu, oraz Piotr, najmłodszy, 11-letni chłopiec, który uczęszczał do szkoły podstawowej. Jedyny syn, oczko w głowie Jerzego P.
Podczas śledztwa domniemywano, że mężczyzna ze względu na syna nie chciał porzucać rodziny. 11-letni chłopiec nie zrozumiałby tej decyzji. Mariola M. liczyła na to, że może kiedy chłopiec dorośnie, mężczyzna w końcu spełni daną jej obietnicę. Ale jednocześnie traciła cierpliwość i nie chciała tak długo czekać.
Romans trwał cztery lata. Początkowo parze udawało się ukrywać ich relację, ale specyfika życia w małej miejscowości była nieubłagana – w Czarnej Białostockiej po pewnym okresie aż huczało od plotek. To wszystko najbardziej odbiło się na reputacji Marioli M. Niegdyś lubiana i szanowana nauczycielka, stała się obiektem drwin, a nawet prześladowań. Mówiło się, że uwiodła jednego z najbogatszych ludzi w mieście, że chce rozbić szczęśliwą rodzinę, że „omotała zajętego mężczyznę”. Straciła znajomych, odwrócili się od niej przyjaciele i sąsiedzi. Zaczęła też otrzymywać głuche telefony, ktoś wysyłał jej pogróżki.